wtorek, 21 czerwca 2011

Zmarła Ela Morawska - moja siostrzzenica

Można powiedzieć, że Ela zmarła niespodziewanie. Zawsze mówiła, że jest silna i nic jej nie będzie, nie miała czasu iść do lekarza. Niektórzy nazywali ją siostrą miłosierdzia, gotowa była wszystkim pomagać i doradzać.
Jednak najbardziej pomagała swojej rodzinie: synowi i rodzinie córki, która jest głuchoniema. Łatwiej było się Eli porozumieć, gdy miała jej coś załatwić.
Na jej pogrzeb przybyło bardzo dużo ludzi, widać było ogromny ból, a szczególnie najbliższej rodziny.
Ogarnęło mnie wielkie wzruszenie, gdy w koncelebrze zobaczyłam księdza, który prowadził msze na migi. Ksiądz obecnym głuchoniemym każde słowo tłumaczył na migi, oni gorliwie odpowiadali migając. Pierwszy raz widziałam jak wspólnie z ludem mówili np Ojcze nasz ... i śpiewali migając - widziałam ich wiarę.

Na obrazku, który uczestnicy otrzymali widnieją piękne słowa:
"...Dziś moją duszę w ręce Twe powierzam, 
mój Stworzycielu i najlepszy Ojcze.
Do domy wracam, jak strudzony pielgrzym,
a Ty z miłością przyjmij mnie z powrotem.
Tułaczka moja już dobiegła kresu,
dla moich oczu słońce ziemi zgasło.
W Tobie mój Panie, znajdę pokój wieczny,
Ty będziesz dla mnie niegasnącym światłem." 

Śmierć Eli przyczyniła się do spotkań rodzinnych: we Mszczonowie, na Bolesławku, w Grodzisku Maz. i w Warszawie. Wszędzie ją wspominaliśmy, jakby była z nami.
Siostry: Teresa i Wanda
W głębi Eli syn Adam, brat Waldek z Moniką















Na stypie we Mszczonowie

 
Na stypie w domu Eli

Gryl  na Bolesławku
Na Bolesławku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz